Brian Aldiss        Cieplarnia

    . 17 .    

   Stali wyczekuj�co, ale nic nie przerywa�o ciszy.

   - Znikn�� jak duch! - powiedzia� Gren. - Chod�my zobaczy�, co si� z nim sta�o.

   Przylgn�a do niego, nie puszczaj�c go od siebie.

   - Nieznane miejsce jest pe�ne nieznanych niebezpiecze�stw - powiedzia�a. - Nie szukajmy �mierci, kiedy ona sama kr��y gotowa nas znale��. Niczego nie wiemy o miejscu, w kt�rym jeste�my Najpierw musimy zbada�, co ono za jedno i czy mo�emy tu �y�.

   - Wol� sam poszuka� �mierci, ni� pozwoli�, by ona mnie znalaz�a - odpar� Gren. - Ale mo�e i masz racj�, Yattmur. Czuj� przez sk�r�, �e to niedobre miejsce. Co si� sta�o z tymi durnymi brzunio - brzucho - lud�mi?

   Wydostali si� na pla�� i ruszyli ni� powoli, przez ca�y czas rozgl�daj�c si� czujnie woko�o; wypatruj�c pilnie �lad�w swoich �a�osnych towarzyszy, posuwali si� pomi�dzy p�aszczyzn� morza a stromizn� wielkiego urwiska. Nie musieli i�� daleko, by natkn�� si� na te �lady.

   - Przechodzili t�dy - powiedzia� Gren, przebiegaj�c pla��. Odciski wleczonych st�p i odchod�w znaczy�y miejsce, w kt�rym brzunio - brzuchy przecz�apa�y na brzeg. Wiele �lad�w by�o niewyra�nych i wskazywa�o to w t�, to w inn� stron�; nierzadko odcisk d�oni ukazywa� miejsce, gdzie stworzenia potyka�y si� nawzajem o siebie i przewraca�y. �lady wyra�nie zdradza�y niezdarny i niepewny ch�d brzunio - brzuch�w. Kawa�ek drogi dalej, mi�dzy pla�� a �cian� urwiska, zag��bia�y si� w w�skie pasmo drzew o sk�rzastych, sm�tnych li�ciach. Pod��aj�cych w mrok Grena i Yattmur zatrzyma� cichy d�wi�k. Z bliska dochodzi�y j�ki. Gren �cisn�� n� i zajrza� w zagajnik wyci�gaj�cy sk�pe soki z piaszczystej gleby

    - Kimkolwiek jeste� - zawo�a� - wy�a�, bo po�a�ujesz, jak po ciebie p�jd�.

   J�ki si� wzmog�y, ciche, �a�osne treny, w kt�rych s�ycha� by�o mamrotane s�owa.

   - To brzunio - brzuch! - krzykn�a Yattmur. - Nie z�o�� si� na niego, je�li jest ranny

   Jej oczy ju� si� oswoi�y z cieniem: bieg�a przed siebie, a� wreszcie przykl�k�a w�r�d ostrych traw na piaszczystym gruncie. Le�a� tam jeden z pulchnych Rybiarzy ze swoimi trzema wtulonymi we� towarzyszami. Na widok Yattmur wzdrygn�� si� gwa�townie i odturla� od niej.

   - Nie zrobi� ci krzywdy - odezwa�a si� Yattmur. - Szukali�my was.

   - Za p�no ju�, bo nasze serca s� z�amane, bo nie przybyli�cie wcze�niej - zawo�a�, roni�c �zy.

   Zaschni�ta krew z d�ugiego zadrapania na jednym ramieniu zlepi�a mu w tym miejscu w�osy, lecz Yattmur zauwa�y�a, �e by�o to powierzchniowe dra�ni�cie.

   - Jak to dobrze, �e�my was znale�li - powiedzia�a. - Nic wam si� wielkiego nie sta�o. Wstawajcie teraz i wracajcie do �odzi.

   Brzunio - brzuch wybuchn�� nowymi lamentami, jego towarzysze do��czyli ch�rem, skar��c si� w swoim dziwacznym dialekcie.

   - O wielcy Pasterze, wasz widok powi�ksza nasze nieszcz�cia. Jak bardzo radujemy si� widz�c was znowu, chocia� wiemy, �e zabijecie nas biednych bezradnych brzunio - braci, jakimi jeste�my. Jeste�my, jeste�my, jeste�my i chocia� nasza mi�o�� was kocha, nie mo�ecie nas kocha�, poniewa� jeste�my n�dznym �mieciem, a wy jeste�cie okrutnymi mordercami, kt�rzy s� okrutni dla �mieci. Zabijecie nas, chocia� my umieramy! O jak�e uwielbiamy wasz� dzielno��, wy sprytni bezogonia�ci herosi!

   - Sko�cz t� ohydn� paplanin� - rozkaza� Gren. - Nie jeste�my mordercami i nigdy nie zamierzali�my was skrzywdzi�.

   - Jak�e sprytny jeste�, panie, udaj�c, �e odci�cie nas od naszych cudownych ogon�w nie jest krzywd�! O, s�dzili�my, �e wy nie �yjecie, �e sko�czyli�cie swoje przek�ada�ce w �odzi, kiedy wodnisty �wiat zamieni� si� w suchy, wi�c odczo�gali�my si� w wielkiej �a�obie, odpe�zli�my na czworakach, poniewa� chrapanie twoje, o panie, by�o g�o�ne. Teraz z�apa�e� nas ponownie i poniewa� nie chrapiesz, wiemy, �e nas zabijesz!

   Gren trzasn�� najbli�szego w g�b�, Rybiarz j�kn�� i skurczy� si� w �miertelnej agonii.

   - Cicho, opas�e durnie! Nic si� wam nie stanie, je�li nam zaufacie. Wsta� i gada�, gdzie si� podzia�a reszta waszej kompanii.

   Rozkaz wywo�a� jedynie nowe lamenty.

   - Widzisz przecie�, �e my czterej nieszcz�nicy cierpi�tnicy umieramy �mierteln� �mierci�, kt�ra przychodzi po wszystkie zielone i r�owe stworzenia, dlatego ka�esz nam wsta�, poniewa� zrobienie stoj�cej pozycji zabije nas na �mier�, a ty kopniesz nas, kiedy odejd� nasze dusze, a my mo�emy wtedy �mierci� si� tylko na ciebie, nie p�aka� naszymi nieszkodliwymi ustami. O, my padniemy ni�ej od le�enia plackiem przed takim chytrym pomys�em, wielki Pasterzu!

   Biadol�c, pr�bowali �apa� na o�lep Yattmur i Grena za kostki i ca�owa� ich stopy, tak �e oboje musieli podskakiwa� dla unikni�cia tych obj��.

    - Nic im nie jest, g�upim stworzeniom - powiedzia�a Yattmur, kt�ra w trakcie tej orgii lament�w stara�a si� ich zbada�. - S� podrapani i pot�uczeni, nic ponadto.

   - Ja ich zaraz wylecz� - odpar� Gren.

   Wyszarpn�wszy uwi�zion� w kostce nog�, kopn�� w nalan� twarz. Przepe�niony wstr�tem ucapi� kt�rego� z le��cych plackiem brzunio - brzuch�w i si�� postawi� na nogi.

   - Jak�e wspaniale jeste� silny, panie - j�kn�o stworzenie, usi�uj�c jednocze�nie poca�owa� i ugry�� go w r�k�. Twoje musku�y i twoje okrucie�stwo s� ogromne dla biednych ma�ych umieraj�cych kolesi�w, jak my, kt�rym krew psuje si� w nich z powodu z�ych rzeczy i innych z�ych rzeczy, niestety!

    - Je�li nie zamilkniesz, wpakuj� ci twoje w�asne z�by do gard�a - obieca� Gren.

   Z pomoc� Yattmur ustawi� pozosta�ych trzech wyrzekaj�cych brzunio - brzuch�w na nogi; jak powiedzia�a Yattmur, nic im prawie nie by�o, poza rozczulaniem si� nad sob�. Uciszywszy stworzenia zapyta�, dok�d uda�o si� szesnastu ich towarzyszy.

   - O cudowny bezogonie, oszcz�dzasz t� nieszcz�sn� male�k� czw�rk�, by rozkoszowa� si� zabiciem wielkiej szesnastki. Co za po�wi�cenie, ty si� po�wi�casz! My ci rado�nie m�wimy o rado�ci, jak� czujemy, m�wi�c ci, dok�d posz�a nasza radosna smutna szesnastka, �eby� m�g� nas oszcz�dzi�, by�my �yli dalej i radowali si� twoimi razami i uderzeniami, i okrutnymi kopniakami w nosy naszych delikatnych twarzy Tamta szesnastka po�o�y�a nas tutaj, by�my umarli w spokoju, zanim pobiegli w tamt� stron�, aby� ich schwyta� i zabawi� si� w zabijanie.

   I z przygn�bieniem wskazali wzd�u� brzegu.

   - Zosta� tutaj i ani pary z ust - powiedzia� Gren. - Wr�cimy po was, jak znajdziemy waszych koleg�w. Nie oddalajcie si�, bo mo�e was co� po�re�.

   - B�dziemy czeka� w strachu, nawet je�li przedtem umrzemy.

   - Zr�bcie tak dla waszego dobra.

   Gren wyruszy� z Yattmur wzd�u� pla�y. Zaleg�a cisza, nawet ��obi�cy l�d ocean prawie nie szemra� i ponownie ow�adn�� nimi niepok�j, jakby obserwowa�o ich milion niewidzialnych oczu. Szli, obszukuj�c dok�adnie otoczenie. Dla istot le�nych nic nie mog�o by� bardziej obcego od morza, a jednak w tym l�dzie tkwi�o co� r�wnie niesamowitego. Nie dlatego nawet, �e drzewa ze sk�rzastymi li��mi, z wygl�du odpowiedniejsze dla ch�odnego klimatu, by�y im nie znane, ani dlatego, �e za nimi wznosi� si� stromy brzeg, tak stromy, tak szary, tak podziurawiony, si�gaj�cy kraw�dzi� tak wysoko nad ich g�owy, �e wszystko wydawa�o si� ma�e i mroczne.

   Opr�cz tych wszystkich wizualnych element�w obco�ci by� jeszcze inny - co�, czego nie potrafili nazwa�, a co po awanturze z brzunio - brzuchami wydawa�o si� jeszcze bardziej natarczywe.

   Cichy szmer nios�cy si� po pla�y pot�gowa� jeszcze ich niepok�j. Rzuciwszy nerwowe spojrzenie przez rami�, Yattmur ponownie podnios�a oczy na wznosz�c� si� nad nimi �cian�. G�stniej�ce chmury sun�y po niebie, sprawiaj�c wra�enie, �e ogromna �ciana wali si� jej na g�ow�. Yattmur pad�a na piasek, zas�aniaj�c oczy, i poci�gn�a za sob� Grena. - Lec� na nas pot�ne ska�y! - krzykn�a.

   Gren raz tylko spojrza� do g�ry. Jego te� zwiod�a iluzja, �e majestatyczna, wysoka �ciana majestatycznie wali si� prosto na nich. Wcisn�li swoje mi�kkie cia�a pomi�dzy twarde kamienie, chowaj�c twarze w wilgotnym �wirowatym piachu. Byli stworzeni dla g�szczu cieplarnianego �wiata, tutaj za� znajdowa�o si� tak wiele rzeczy im obcych, �e nie potrafili zareagowa� inaczej, jak tylko przera�eniem. Gren bezwiednie przyzywa� grzyba siedz�cego mu na g�owie i karku:

    - Ratuj nas, grzybie! Zaufali�my ci, a ty przywiod�e� nas w to straszliwe miejsce. Teraz musisz nas st�d szybko wyprowadzi�, zanim urwisko spadnie nam na g�ow�.

    - Je�li wy umrzecie, ja te� umr� - powiedzia� smardz, wype�niaj�c m�zg Grena brz�cz�cymi tonami. Bardziej krzepi�ce by�o to, co doda�: - Mo�ecie wsta�. Poruszaj� si� chmury, nie �ciana.

   Min�a chwila, a mo�e wi�cej, nim Gren o�mieli� si� sprawdzi� wiarygodno�� tej obserwacji. W ko�cu stwierdziwszy, �e na jego ods�oni�te cia�o nie sypi� si� �adne kamienie, zerkn�� do g�ry. Yattmur pisn�a, czuj�c, �e si� poruszy�.

   Wydawa�o si�, �e urwisko nadal si� wali. Gren zebra� si� w sobie, by si� temu dok�adniej przyjrze�. Wygl�da�o to tak, jakby �ciana lecia�a na niego z niebios; w ko�cu jednak upewni� si�, �e stoi w miejscu. Odwa�y� si� oderwa� wzrok od jej perforowanej fasady i szturchn�� �okciem Yattmur.

    - Urwisko nam nie zagra�a - powiedzia�. - Mo�emy i�� dalej.

   Unios�a zbola�� twarz, ca�� w czerwonych �ladach tam, gdzie odcisn�y si� drobne kamyki; kilka z nich jeszcze si� trzyma�o.

    - To czarodziejskie urwisko; zawsze spada, jednak nigdy nie spadnie - odezwa�a si� wreszcie, gdy uwa�nie obejrza�a ska��. - Ono mi si� nie podoba. Ma oczy, kt�re nas �ledz�.

   Powlekli si� dalej; Yattmur od czasu do czasu spogl�da�a nerwowo w g�r�. Pla�a do�� ostro skr�ca�a przez ca�� drog�, piasek gin�� cz�sto pod wielkimi za�omami skalnymi, na kt�re wdziera�y si� z jednej strony morze, z drugiej d�ungla. Wspi�li si� raz na takie usypisko najciszej, jak tylko potrafili.

   - Wkr�tce b�dziemy z powrotem tam, sk�d wyruszyli�my - powiedzia� Gren i obejrza� si�, widz�c, �e ich ��d� schowa�a si� za masywem urwiska.

   - Zgadza si� - zabrz�cza� smardz. - Jeste�my na niewielkiej wyspie, Gren.

   - Wi�c nie mo�emy tu zosta�, grzybie? - Z pewno�ci� nie.

   - Jak j� opu�cimy?

   - Tak jak przybyli�my, �odzi�. Wykorzystamy troch� tych olbrzymich li�ci na �agiel.

   - Ale my nienawidzimy �odzi i wodnego �wiata, grzybie. - Ale wolicie i jedno, i drugie od �mierci. Jak tutaj prze�yjemy, Gren? Przecie� to po prostu wielka, okr�g�a wie�a skalna okolona pasemkiem piachu.

   Gren popad� w nieweso�� zadum�, a ow� rozmow� bez s��w nie podzieli� si� z Yattmur. M�drze b�dzie, zakonkludowa�, od�o�y� decyzj� do odnalezienia reszty brzunio - brzuchaczy. Dotar�o do niego, �e Yattmur coraz cz�ciej ogl�da si� przez rami� na skaln� �cian�, i nie wytrzyma� nerwowo.

   - Co si� z tob� dzieje? - odezwa� si�. - Patrz pod nogi, bo skr�cisz kark.

   Chwyci�a go za r�k�.

   - Cicho! Ona ci� us�yszy Ta straszna �ciana skalna ma milion wpatruj�cych si� w nas przez ca�y czas oczu.

   Kiedy zacz�� odwraca� g�ow�, uj�a obur�cz jego twarz i wci�gn�a go za skalny za�om.

   - Nie dajmy po sobie pozna�, �e wiemy - wyszepta�a. Wyjrzyj na ni� z tego miejsca.

   Czuj�c sucho�� w gardle ze zdenerwowania, omi�t� spojrzeniem ogromn�, czujn� szarzyzn�. Chmura przes�oni�a s�o�ce i w nik�ym blasku ska�a nabra�a jeszcze wi�kszej grozy. Ju� przedtem zauwa�y�, �e jest podziurawiona; teraz dostrzeg�, z jak� regularno�ci� s� rozmieszczone owe otworki, jak bardzo przypominaj� oczodo�y, jak niesamowicie zdaj� si� patrze� na niego ze swej skalnej twarzy.

   - Widzisz! - us�ysza� g�os Yattmur. - Jaka to straszna groza! Tu straszy, Gren! Nie widzieli�my tu �adnego �ycia. Nic si� nie porusza w�r�d traw, nic nie pomyka pla��, nic nie wspina si� na t� skaln� p�aszczyzn�. Spotkali�my jedynie chy�osieja, kt�rego co� po�kn�o. Tylko my jeste�my tu �ywi, i to kto wie, jak d�ugo.

   J�kn�a i w tym w�a�nie momencie co� si� poruszy�o na skalnej wie�y. Niezliczone nieprzychylne oczy - nie by�o ju� co do tego w�tpliwo�ci - obr�ci�y si� jednocze�nie ku morzu, jakby tam czego� wypatrywa�y. Pod wp�ywem si�y tego kamiennego spojrzenia Gren i Yattmur obr�cili si� r�wnie�. Z miejsca, w kt�rym przycupn�li, widoczna by�a tylko cz�� morza, obramowana kawa�ami roz�upanej ska�y le��cymi nieopodal na pla�y. W tym skrawku horyzontu, hen na szarych wodach, zaobserwowali poruszenie: ku wyspie p�yn�o co� ogromnego.

   - Na cienie! Ten stw�r zmierza do nas! Biegniemy z powrotem do �odzi!

   - Le� spokojnie, Yattmur. On nie mo�e nas zauwa�y� po�r�d tych ska�.

   - Czarnoksi�ska wie�a z oczami przyzywa to, by przyby�o nas po�re�.

   - Nonsens - powiedzia� Gren, aby uspokoi� r�wnie� w�asny podsk�rny l�k.

   Patrzyli jak urzeczeni na morskiego stwora. Py� wodny utrudnia� rozr�nienie jego kszta�t�w. Tylko dwie olbrzymie p�etwy bij�ce wod� jak oszala�e ko�a �opatkowe ukazywa�y si� wyra�nie na kr�tkie chwile. Czasami im si� wydawa�o, �e dostrzegaj� wzniesion�, jakby wyrywaj�c� si� ku brzegowi g�ow�, ale widoczno�� stale si� pogarsza�a. Z ci�kich niebios opad�a kurtyna deszczu i odci�a obraz morskiego stworzenia, siek�c wszystko k�uj�cymi zimnem kroplami. Wiedzeni odruchem Gren i Yattmur dali nura mi�dzy drzewa; ociekaj�c wod�, stali pod jednym z pni.

   Deszcz zdwoi� si��. Przez chwil� nie mogli si�gn�� wzrokiem dalej ni� strz�piasta falbana bieli znacz�ca kraniec morza. Spo�r�d ulewy dolecia� zagubiony akord, niby ostrze�enie - jak gdyby �wiat si� wali�. Morskie straszyd�o domaga�o si� przewodnika. Niezw�ocznie te� otrzyma�o odpowied�. Wyspa, a mo�e tylko owa skalna wie�a, odezwa�a si� na wo�anie. Z samych jej podstaw wydar� si� jeden tubalny zew. Nie by� on nawet g�o�ny, ale wype�nia� sob� wszystko, spadaj�c na ziemi� i morze jak deszcz, jakby ka�dy decybel stanowi� odczuwaln� osobno kropl�. Yattmur wczepi�a si� w Grena i wstrz��ni�ta tym d�wi�kiem, zap�aka�a.

   Ponad jej szloch, nad szum ulewy i morza, ponad echa wezwania wie�y wzni�s� si� inny g�os, poszarpany, nabrzmia�y strachem. By� to g�os z�o�ony, zawieraj�cy elementy b�agania i wyrzutu, i Gren go rozpozna�.

    - Zaginione brzunio - brzuchy! - zawo�a�. - Musz� by� gdzie� w pobli�u.

   Rozejrza� si� bezradnie woko�o, strz�saj�c krople deszczu. Wielkie sk�rzaste li�cie to ugina�y si�, to podskakiwa�y pod zmienn� mas� wody �ciekaj�cej z urwiska. Niczego nie by�o wida� pr�cz lasu, schylonego pokornie pod ulew�. Gren nie porusza� si�; brzunio - brzuchy b�d� musia�y zaczeka�, a� deszcz os�abnie. Pozosta� na miejscu, ramieniem otoczywszy Yattmur.

   Wygl�dali ku morzu, gdy szaro�� przed nimi rozst�pi�a si� naraz w kipieli fal.

   - O �ywe cienie, przybywa po nas stw�r - wyszepta�a Yattmur.

   Ogromne morskie stworzenie wydosta�o si� na p�ycizn� i wyd�wign�o z morza. Ujrzeli kaskady deszczu sp�ywaj�ce z wielkiego p�askiego �ba. W�ska i masywna jak gr�b paszcza otworzy�a si� ze skrzypieniem - i Yattmur, wyrwawszy si� z ramion Grena, pogna�a pla�� w przeciwnym kierunku, wrzeszcz�c z przera�enia.

   - Yattmur!

   Spr�y� si� ju�, by za ni� ruszy�, ale zwali� si� na niego ca�y ci�ar woli smardza. Unieruchomiony Gren zastyg� na moment w pozycji startuj�cego sprintera. Utraciwszy r�wnowag�, przewr�ci� si� na bok w p�ynny piasek.

    - Nie ruszaj si� - zabrz�cza� smardz. - Musimy zobaczy�, co uczyni to stworzenie, bo najwyra�niej nie o nas mu chodzi. Nic nam nie zrobi, je�li b�dziesz cicho.

    - Ale Yattmur...

   - Niech leci, g�upi dzieciak. Po wszystkim bez trudu j� znajdziemy.

   Przez nawa�nic� dociera�y do nich nieregularne, przeci�g�e post�kiwania. Olbrzymowi brak�o tchu. Wygramoli� si� z mozo�em na pla�� jakie� par� metr�w od miejsca, gdzie le�a� Gren. Deszcz spowi� go w szar� zas�on�, tak �e ze swym kr�tkim oddechem i oci�a�ymi ruchami, wlok�c si� w tym r�wnie nieprawdopodobnym jak on sam otoczeniu, przypomina� groteskowy symbol cierpienia z sennych majak�w. Drzewa zakry�y jego g�ow� przed Grenem. Widzia� tylko sun�ce szarpni�ciami niezdarnych p�etw cielsko, zanim i ono si� skry�o. Sam ogon jeszcze wl�k� si� po pla�y, ale i on zosta� poch�oni�ty przez d�ungl�.

    - Id� zobaczy�, dok�d potw�r poszed� - rozkaza� smardz. - Nie - powiedzia� Gren.

   Kl�cza�, ca�y w br�zowych plamach piasku zmieszanego z deszczem.

    - R�b, co ci ka�� - zabrz�cza� smardz, nie trac�cy nigdy z oczu swego podstawowego celu: najszerzej poj�tego rozmna�ania. Pocz�tkowo cz�owiek z racji swej inteligencji wygl�da� na obiecuj�cego gospodarza, w sumie jednak go rozczarowa�; brutalna, bezmy�lna si�a, jak� w�a�nie zobaczyli, by�a warta zbadania. Pop�dzi� Grena w tamt� stron�.

   Skrajem lasu dotarli do �lad�w morskiego stworzenia. Przechodz�c przez pla��, wy��obi�o g��bok� na wzrost cz�owieka bruzd�. Gren opad� na czworaki, czuj�c �omotanie krwi w skroniach. Stworzenie musia�o si� znajdowa� w niewielkiej odleg�o�ci: w powietrzu wisia� wyra�ny zgni�os�onawy od�r. Wychyliwszy si� zza drzewa, Gren powi�d� spojrzeniem za �ladami. Pasmo d�ungli urywa�o si� tutaj nieoczekiwanie i odradza�o si� na nowo za pustym odcinkiem pla�y Piasek w tej luce dochodzi� do samego podn�a urwiska, pod �cian�, w kt�rej otwiera�a si� wielka grota. Przez siek�ce strugi deszczu mo�na by�o zobaczy� wiod�ce prosto do niej �lady potwora. Gren nie dostrzeg� jednak niczego w jej wn�trzu - grota dostatecznie obszerna, by pomie�ci� stworzenie, �wieci�a pustk� jak g�ba zastyg�a w nieprzerwanym ziewaniu.

   Zapominaj�c ze zdumienia o strachu, Gren wyszed� na otwart� przestrze�, aby mie� lepszy widok, i od razu zauwa�y� pierwszych z zaginionej szesnastki brzunio - brzuch�w. Przycupn�li w ciasnej gromadce na ko�cu piaszczystej alei, pod obrze�aj�cymi j� drzewami, wci�ni�ci w urwisko tu� przy grocie. Z w�a�ciwym sobie sprytem znale�li schronienie pod skalnym wyst�pem, z kt�rego sp�ywa�y teraz strugi deszczowej wody D�ugie w�osy zlane wod� przylgn�y im p�asko do sk�ry, przez co wygl�dali na jeszcze bardziej przemoczonych i zastraszonych. Ukazanie si� Grena powitali panicznym zawodzeniem i trwo�liwym �ciskaniem genitali�w.

   - Chod�cie tutaj! - zawo�a� Gren; ci�gle myszkowa� wzrokiem, pr�buj�c zrozumie� znikni�cie morskiego potwora. Zacinaj�cy w twarze deszcz do reszty zdezorganizowa� brzunio - brzucho - bractwo. Grenowi przypomnia� si� ich idiotyczy wrzask przera�enia na widok potwora. Teraz zdradzali ch�� ucieczki, drepcz�c w ko�o jak barany i wydaj�c nieartyku�owane d�wi�ki. Na ten obraz g�upoty w Grenie zawrza�a krew. Podni�s� ci�ki kamie�.

   - Chod�cie tu do mnie, wy brzuchate brzucho - beksy! krzykn��. - Szybko, zanim was potw�r znajdzie.

   - O postrachu! O panie! Wszystkie stworzenia nienawidz� biednych, �licznych brzunio - brzucho - braci! - pokrzykuj�c tak i wpadaj�c jeden na drugiego, odwr�cili si� do Grena t�ustymi zadkami. Gren nie wytrzyma� i cisn�� kamieniem. Trafi� kt�rego� w po�ladek, lecz dobry rzut odni�s� z�y skutek. Trafiony osobnik wyskoczy� z piskiem na piaszczyst� alej� i pocz�� ucieka� przed Grenem do groty. Pozostali po��czyli si� w piskliwy ch�r, biegn�c za nim i przyciskaj�c d�onie do zadk�w, aby na�ladownictwo by�o zupe�ne.

    - Wraca�! - krzykn�� Gren, puszczaj�c si� za nimi �rodkiem koleiny zostawionej przez morskiego potwora. - Z dala od groty!

   Nie zwracali uwagi na jego wo�anie. Dr�c si� jak op�tani, wpadli do pieczary, a ich wrzask odbija� si� echem od �cian. Gren wpad� za nimi. Powietrze by�o ci�kie od s�onawego odoru morskiego straszyd�a.

    - Uciekaj st�d, gdzie pieprz ro�nie - poradzi� Grenowi smardz, �l�c mrowienie przez ca�e jego cia�o.

   Zewsz�d, ze �cian i stropu groty, stercza�y kamienne pr�ty zako�czone ga�kami ocznymi, takimi jak na zewn�trznym urwisku. Tak samo by�y czujne, brzunio - brzuchy obija�y si� o pr�ty, a wtedy g��boko osadzone ga�ki oczne rozsuwa�y powieki i zaczyna�y patrze� - jedne po drugich, coraz ich wi�cej i wi�cej.

   Odkrywszy, �e zap�dzili si� w �lepy zau�ek, brzunio - brzuchy pocz�y si� czo�ga� w piachu do st�p Grena, zanosz�c jazgotliwe b�agania o lito��:

    - O pot�ny, wielki, zabijaj�cy w�adco o mocnej sk�rze, o kr�lu biegu i po�cigu, sp�jrz, jak przybiegamy do ciebie, kiedy ci� widzimy! Jaka� to rado�� syci� nasze biedne, poczciwe brzunio - oczy twym widokiem! Biegli�my prosto do ciebie, chocia� nasze biedne kroki by�y popl�tane i nasze nogi jako� wysy�a�y nas w z�� stron�, zamiast w radosn� w�a�ciw� stron�, poniewa� deszcz nas otumani�.

   Ju� coraz wi�cej oczu otwiera�o si� ze wszystkich stron jaskini, kieruj�c kamienne spojrzenia na ich grup�. Gren, chwyciwszy brutalnie za w�osy jednego z brzunio - brzuch�w, poderwa� go na nogi, co widz�c pozostali zamilkli, by� mo�e zadowoleni, �e ich to chwilowo omin�o.

    - Teraz pos�uchajcie - odezwa� si� przez zaci�ni�te z�by. Znienawidzi� tych ludzi z ca�ej duszy, gdy� wydobyli z niej wszystkie utajone krwio�ercze instynkty. - Nikogo z was nie chc� skrzywdzi�, jak ju� m�wi�em. Ale macie w tej chwili wynie�� si� wszyscy z tej groty. Tu jest niebezpiecznie. Wracajcie biegiem na pla��.

   - Ty nas ukamienujesz...

   - Niech was g�owa nie boli, co ja zrobi�! R�bcie, co powiedzia�em! Jazda!

   To m�wi�c, cisn�� sw� ofiar� ku wylotowi groty, a� si� nieszcz�nik potoczy�.

   Wtedy to rozpocz�o si� owo co�, co Gren p�niej nazwa� mamid�em. Otwarte w �cianach oczy osi�gn�y krytyczn� liczb�. Czas si� zatrzyma�. �wiat pozielenia�. Pozielenia� brzunio - brzuch przykucni�ty na jednej nodze, jakby szykowa� si� do lotu, skamienia�y w tej absurdalnej pozycji u otworu groty. Na dworze pozielenia� deszcz. Wszystko zielone i w bezruchu. I kurczliwe.

   Skuli� si�. Skurczy� i zapa��. By sta� si� kropl� deszczu na zawsze spadaj�c� w p�ucach niebios. Albo ziarnkiem piasku odmierzaj�cym wieczne spadanie w klepsydrze niesko�czono�ci czasu. Zosta� protonem niezmordowanie gnaj�cym przez kieszonkow� wersj� bezkresnej przestrzeni. Aby wreszcie osi�gn�� bezmiar bezkresu istnienia jako nic... bezmiern� obfito�� nieistnienia... a przeto stania si� bogiem... przeto istnienia b�d�cego pocz�tkiem i ko�cem w�asnego stawania si�... zwo�ania miliarda �wiat�w, by grzechota�y na zielonych ogniwach ka�dej sekundy.. szybowania przez nie istniej�ce zwa�y zielonej materii, oczekuj�ce w rozleg�ych przedsionkach bytu swojej godziny czy tysi�clecia u�yteczno�ci...

   Bo przecie� Gren lecia�, czy� nie? A te rado�niejsze tony wok� niego - czy� nie s� rado�niejsze? - to istoty, kt�re on lub kto� inny, na innej p�aszczy�nie pami�ci, nazwa� kiedy� "brzunio - brzuchami". A skoro to jest lot, to odbywa si� on w owym nieprawdopodobnie zielonym wszech�wiecie zachwytu, w jakim� innym ni� powietrze �ywiole i w jakim� pozaczasowym przep�ywie. I lecieli w �wietle, sami �wiec�c. I nie byli sami. Z nimi by�o wszystko. �ycie zast�pi�o czas, oto co si� sta�o; �mier� odesz�a, jako �e tutejsze zegary odmierzaj� tylko narodziny Lecz dwa elementy tej wszystko�ci by�y znajome... W tamtej nieuchwytnej, innej egzystencji - och, jak trudno wspomina�, �ni� w �nieniu - w tamtej egzystencji zwi�zanej z piaszczyst� pla�� i szarym deszczem (Szarym? To musia�o by� co� zupe�nie niepodobnego do zieleni, bo ziele� nie ma podobie�stw), tam w owej egzystencji znajdowa� si� wielki pikuj�cy ptak i wielka bestia wy�aniaj�ca si� z morza... i one przesz�y przez... mamid�o i by�y tutaj w tym samym ozielenia�ym zachwycie. �ywio� wok� nich przepojony by� pewno�ci�, �e tu jest miejsce dla wszystkiego - by wzrasta�o i rozwija�o si� bez wa�ni, bez ko�ca, je�li trzeba; dla brzunio - brzucha, ptaka czy potwora.

   I Gren wiedzia�, �e innych kierowano do mamid�a w inny spos�b. Nie �eby to mia�o jakiekolwiek znaczenie, bo tu by�a sama s�odycz istnienia, po prostu istnienia w tym nie wymagaj�cym wysi�ku wiecznym locie - ta�cu - �piewie, ponad czasem i miar�, i zmartwieniem. Liczy�o si� jedynie to, aby wzrasta� zielono i dobrze.

   Jednak zostawa� jako� w tyle za innymi! Jego pierwszy impet zamiera�. By� tu pewien niepok�j, nawet tutaj, i wymiar mia� pewne znaczenie nawet tutaj, inaczej nie zosta�by w tyle. Nie ogl�daliby si�, przywo�uj�c go z u�miechem ptak, bestia, brzunio - brzuchy Zarodniki, nasiona, szcz�liwe zieleniej�ce rzeczy nie wirowa�yby, zape�niaj�c rosn�cy mi�dzy nim a jego towarzyszami dystans. Nie pod��a�by teraz z p�aczem za nimi, trac�c wszystko... Och, trac�c ca�e to nagle drogie i jasne, i niewyobra�alnie �yciodajne miejsce. Nie u�wiadamia�by sobie na nowo strachu, ostatniej beznadziejnej pr�by odzyskania raju, odwrotu zieleni, ogarniaj�cego go zam�tu i wreszcie oczu, miliona oczu, a wszystkie m�wi�y "Nie" i spycha�y go w dawne miejsce.

   Z powrotem by� w grocie, rozci�gni�ty na stratowanym piachu w pozycji nieudolnie na�laduj�cej fruwanie. By� sam. Milion kamiennych oczu zamkn�o si� wok� niego ze wzgard�, a zielona muzyka ucich�a w jego m�zgu. By� po dwakro� sam, gdy� skalna wie�a wycofa�a z groty swoj� obecno��. Ci�gle pada� deszcz. Wiedzia�, �e bezkresna wieczno��, w czasie kt�rej przebywa� daleko, trwa�a zaledwie przez mgnienie czasu. Czas... czymkolwiek by�... mo�e po prostu subiektywnym zjawiskiem, mechanizmem w krwiobiegu cz�owieczym, na kt�ry nie zapadaj� ro�liny.

   Gren usiad�, poruszony w�asnymi my�lami. - Grzybie - wyszepta�.

   - Jestem tutaj...

   Zapad�a d�u�sza cisza. Wreszcie bez ponaglania grzybi m�zg przem�wi�:

   - Ty masz rozum, Gren - zabrz�cza�. - Wi�c wie�a nie przyjmie ciebie... nas. Brzunio - brzuchy s� prawie tak bezrozumni jak morskie stworzenie czy ptak; oni zostali przyj�ci. Co jest teraz dla nas mamid�em, dla nich stanowi rzeczywisto��. Oni zostali przyj�ci.

   Zn�w cisza.

   - Przyj�ci dok�d? - zapyta� Gren. - To by�o takie pi�kne... Smardz nie odpowiedzia� wprost.

    - Ten wiek jest d�ug� epok� ro�linno�ci - zacz��. - Wyros�a ona zieleni� na Ziemi, rozkrzewi�a si� i rozpleni�a bez udzia�u my�li. Przybra�a wiele form i eksploatuje wiele �rodowisk, od dawna wype�niony zosta� ka�dy ekologicznie przydatny zak�tek. Ziemia jest potwornie przepe�niona, bardziej ni� kiedykolwiek w wiekach wcze�niejszych. Wsz�dzie ro�liny.. wszystkie pomys�owo, bezmy�lnie wysiewaj� si� i rozmna�aj�, podwajaj� zam�t, zaostrzaj� pal�cy problem znalezienia cho�by szczeliny dla jeszcze jednego �d�b�a trawy, aby mia�o gdzie wyrosn��.

   Kiedy tw�j odleg�y przodek, cz�owiek, by� panem tej planety, mia� sposoby na przepe�nion� grz�dk� w swym ogrodzie. Przesadza� albo pieli�. Obecnie natura w jaki� spos�b zast�pi�a go swoim w�asnym ogrodnikiem. Ska�y uformowa�y si� w przesadniki. Prawdopodobnie takie stacje jak ta znajduj� si� wsz�dzie wzd�u� wybrze�a... stacje, w kt�rych ka�de bezm�zgie stworzenie zostanie przyj�te w celu dalszego przekazania... stacje, w kt�rych mo�na przesadza� ro�liny...

   - Dok�d przesadza�? - nie wytrzyma� Gren. - Gdzie jest to miejsce?

   Co� przypominaj�cego westchnienie poszybowa�o nawami jego umys�u.

   - Czy� nie widzisz, �e to s� tylko moje domys�y, Gren? Od kiedy po��czy�em z tob� swoje si�y, sta�em si� po cz�ci cz�owiekiem. Kt� zna �wiaty osi�galne dla odmiennych form �ycia? S�o�ce oznacza co innego dla ciebie, a co innego dla kwiat�w. Morze jest dla nas okropne, a dla owego morskiego potwora, kt�rego widzieli�my... Nie znajdziemy ani s��w, ani my�li, by opisa�, dok�d zmierzali�my; sk�d mamy je wzi��, kiedy wszystko by�o tak jawnie produktem... nie rozumuj�cych proces�w...

   Gren podni�s� si� chwiejnie na nogi.

   - Zbiera mi si� na wymioty - powiedzia� i wytoczy� si� z jaskini.

   - By poj�� inne wymiary, inne formy istnienia... - ci�gn�� smardz.

   - Zamknij si�, na mi�o�� bosk�! - krzykn�� Gren. - Jakie to ma dla mnie znaczenie, �e istniej� miejsca... stany.. kt�rych nie mog�... nie mog� dost�pi�. Nie mog�, i basta. To wszystko by�o nieludzkim mamid�em, wi�c mo�e dasz mi spok�j! Zbiera mi si� na wymioty.

   Deszcz nieco os�ab�. Delikatnie b�bni� mu po wygi�tym kr�gos�upie, kiedy pochylony opiera� g�ow� o pie� drzewa. W skroniach mu pulsowa�o, oczy �zawi�y, �o��dek podchodzi� do gard�a.

   B�d� musieli zrobi� �agle z wielkich li�ci i odp�yn�� st�d on, Yattmur i czterech pozosta�ych przy �yciu brzunio - brzucho - ludzi. Musz� si� wynosi�. Mo�e b�d� te� musieli sporz�dzi� z tych samych li�ci okrycia dla siebie, jako �e si� och�odzi�o. Ten �wiat nie by� rajem, ale jako� mo�na si� w nim by�o urz�dzi�.

   Ci�gle jeszcze pozbywa� si� zawarto�ci swego �o��dka, gdy us�ysza� wo�anie Yattmur. Podni�s� oczy, u�miechaj�c si� s�abo. Wraca�a do niego przez zalan� deszczem pla��.

nast�pny